|
Spotkanie dwóch kandydatów do tytułu mistrzowskiego
było znakomitym widowiskiem, godnych siebie rywali. O dramaturgi, którą
kibice długo będą pamiętać. Bowiem w 31 min mało kto wierzył, że
hokeiści "Pasów" mogą jeszcze ten mecz wygrać.
Krakowianie bowiem, do tego czasu grali po prostu źle.
Chaotycznie, zbyt indywidualnie, popełniali kardynalne błędy we własnej
tercji, gubili krążek. Na ich tle mistrzowie Polski sprawiali wrażenie
doskonale poukładanej drużyny. Już w 5 min Ślusarczyk wykorzystał
niezdecydowanie krakowskich defensorów.
Wyrównał efektownym strzałem pod poprzeczkę Horny w 12
min, ale potem na lodzie dominowali goście. Być może tak łatwo by do
tego nie doszło, gdyby Laszkiewicz wykorzystał okazję w 16 min.
Otrzymał dalekie podanie, pojechał sam na Sobeckiego,
położył na lodzie bramkarzy rywali, objechał go i... trafił w słupek. A
potem goście wykorzystali dwukrotnie grę w przewadze (bramki Gonery i
Kotlarika), a pier wszy atak przeprowadził popisową akcję w 28 min.
Decydująca okazała się 37 minuta. Krakowianie grali w
podwójnej przewadze, a Horny po raz drugi pokonał Sobeckiego. Hokeiści
Rudolfa Rohaczka uwierzyli, że jeszcze nie wszystko stracone. W
ostatniej tercji do pierwszego ataku wszedł Horny za Twardego, do
drugiego Chabior, a do trzeciego Pasiut za Witowskiego. I na lodowisku
istniała już tylko jedna drużyna. W 29 sek. Horny odebrał krążek
Ślusarczykowi, przejął go Słaboń i zdobył kontaktowego gola.
Goście zostali zepchnięci do desperackiej defensywy i
kompletnie się nie orientowali co się dzieje na lodzie. Atakowali tylko
podczas gry w przewadze. W 51 min Pawel Urban oddał atomowy strzał spod
niebieskiej linii i był już remis. Krakowianie nie zamierzali czekać na
dogrywkę. Na 54 sekundy przed końcem regulaminowego czasu gry,
Laszkiewicz pod bandą wyczekał, aż pod bramkę tyszan idealnie w tempo
wjedzie Csorich, precyzyjnie podał mu krążek i po chwili hala
eksplodowała.
Paweł Guga
|