W hokeju, w tak zaawansowanej fazie jak półfinał ligi, decydują szczegóły, a Cracovia była w nich wczoraj lepsza. Przede wszystkim miała pewniejszego bramkarza i skuteczniejszy schemat gry w przewadze. Krzysztof Zborowski przepuścił między parkanami krążek po łatwym do obrony strzale Richarda Szafarika i już od 6. min goście musieli gonić wynik. Z kolei Rafał Radziszewski ratował swój zespół nie raz i nie dwa. Zwłaszcza wtedy, gdy podhalanie seryjnie stwarzali groźne sytuacje. W 15. min zatrzymał Mariana Kacirza i Marcina Kolusza, w 22. - Dariusza łyszczarczyka i Zbigniewa Podlipniego, a w 23. - Jarosława Różańskiego i Kolusza.
Górale grali tylko na trzy ataki, krakowianie - na cztery. Choć Leszek Laszkiewicz i jego koledzy częściej odpoczywali niż rywale, nowotarżanie dobrze znieśli trudy meczu. - Mam nadzieję, że w kolejnych meczach będziemy sobie radzić lepiej, niż grający na trzy piątki przeciwnik - nie kryje szkoleniowiec Cracovii Rudolf Rohaczek.
Paradoksalnie "Szarotkom" łatwiej było wypracować pozycję na lodzie, gdy siły były wyrównane. W przewadze radziły sobie kiepsko. W I tercji goście grali dwukrotnie w przewadze i nie dość, że nie mogli założyć zamka, to "Zbora" musiał powstrzymywać kontratakującego Damiana Słabonia (9. min). Z kolei gospodarze wygrywali 70 proc. wznowień. Dzięki temu ich rywal musiał stracić sporo sił w pogoni za krążkiem. - Umiejętności wygrywania bulików nie da się wytrenować. Z tym się trzeba urodzić - tłumaczył Rohaczik.
Po wyrównującym trafieniu Podlipniego (strzał pod poprzeczkę po podaniu zza bramki Patrika Moskala) górale mogli zdobyć przynajmniej ze dwa gole na początku II tercji. Zatrzymał ich "Radzik". To się zemściło. Po faulu Podlipniego "Pasy" grały w przewadze i Laszkiewicz przytomnie dobił krążek do bramki po strzale Mariana Csoricha.
W III tercji nowotarżanie wściekle atakowali. Kolusz i Marcin Ćwikła przegrywali jednak pojedynki z bramkarzem. Gdy na siedem minut przed końcem wyrównał strzałem spod bandy do pustej bramki Tomasz Jakesz, zapachniało dogrywką. Podhale dalej atakowało, gorąco było w tercji Cracovii po faulu Bartłomieja Piotrowskiego.
Wtedy ciężar gry na siebie wzięła sztandarowa, pierwsza piątka krakowian. Po składnej akcji tej formacji na 71 s przed końcem regulaminowego czasu gry Piotr Sarnik zawinął z nadgarstka w długi róg i bramkarz "Szarotek" rozłożył ręce. Podhalanie nie poddali się: za bramkarza wprowadzili napastnika. Bliscy szczęścia byli Podlipni i Jakesz, ale Radziszewski wytrwał i po chwili "Pasy" pokazały taniec zwycięstwa.
- To dopiero pierwszy krok w kierunku finału. Wiemy jednak, że będzie bardzo ciężko - mówił trener Rohaczek.
Zanosi się na to, że podhalanie stracili obrońcę Piotra Gila, który doznał kontuzji pachwiny.
| ComArch/Cracovia | 3 |
| Wojas/Podhale | 2 |
Tercje: 1:1, 1:0, 1:1
Bramki: 1:0 Szafarik (6. Potoczny), 1:1 Podlipni (14. Moskal), 2:1 Laszkiewicz (33. Csorich w przewadze), 2:2 Jakesz (53. Kolusz), 3:2 Sarnik (59. Słaboń).
ComArch/Cracovia: Radziszewski - Csorich, Szczibran, Sarnik, Słaboń, Laszkiewicz - Marcińczak, Dulęba, Szafarik, Pasiut, Potoczny - B. Piotrowski, Chabior, Śliwa, Voznik, M. Piotrowski - Kozendra, Galant, Witowski, Cieślak, Urban.
Wojas/Podhale: Zborowski - Sroka, Wilczek, Kacirz, Kolusz, Różański - Gil, Jakesz, łyszczarczyk, Moskal, Podlipni - Zamojski, łabuz, Malinowski, Biela, Ćwikła.
Sędziował: Zbigniew Wolas z Oświęcimia. Kary: 10 oraz 14 min. Widzów 2,5 tys.
Unia zawiodła Ci, którzy ostrzyli sobie apetyty na wielkie hokejowe widowisko, po meczu otwarcia półfinału pomiędzy Dworami Unią i GKS Tychy, opuszczali oświęcimskie lodowisko zdegustowani. Wiele było bezmyślnych fauli, trafiła się nawet bójka w stylu spod budki z piwem. Na dodatek pierwszy krok w stronę finału zrobili obrońcy tytułu mistrzowskiego, a oświęcimianie stoją przed trudnym zadaniem we wtorek w Tychach.
Tylko na początku gospodarze grali odważnie, ale nie mieli dnia na strzelanie goli (np. okazja Marcina Jarosa). Oświęcimianie nie potrafili też wykorzystać gry w przewadze. To był jednak dopiero początek pokazu nieudolności miejscowych.
W 28 min Artur Gwiżdż sprał Wojciecha Stachurę, a że zrobił to, gdy na ławce przebywał już jego kolega Adam Bagiński, tyszanie grali w podwójnym osłabieniu. Sędzia odesłał tyskiego boksera pod prysznic, by ochłodził sobie głowę, natomiast oświęcimianin za sprowokowanie całego zajścia udał się na podwójną karę mniejszą. Po kilkudziesięciu sekundach od tego zdarzenia na karę powędrował jeszcze Andrzej Gretka i miejscowi przez ponad dwie minuty grali w podwójnej przewadze. Nie mieli jednak pomysłu na rozegranie zamka. Nie tylko młodzież, ale przede wszystkim starsi zawodnicy gubili się na lodzie. Potem jeszcze w 38 min, w odstępie 35 s, na karę powędrowali Sebastian Gonera z Krzysztofem Majkowskiem, ale i tym razem gra miejscowych w podwójnej przewadze wzbudzała salwy śmiechu na trybunach, a schodzących na drugą przerwę hokeistów żegnały gwizdy.
- Już raz zagraliśmy tak słabe spotkanie. Zdarzyło nam się ono pod koniec rundy zasadniczej z Toruniem - ubolewał Waldemar Klisiak, kapitan Dworów. - Chyba siadła nam psychika. Bardzo chcieliśmy, a wyglądało to tak, jakbyśmy spotkali się po raz pierwszy - dodał.
- Przegraliśmy bitwę, ale nie wojnę - pocieszał się Tomasz Rutkowski, trener Dworów/Unii.
Dwory Unia Oświęcim - GKS Tychy 0:1